Zwykła kobieca historia!
MOJA HISTORIA (NIE)MIŁOSNA>
Jak los zamienił się w Gwiazdora!

Moja historia nie będzie ckliwa i wyciskająca łzy, podczas słuchania
świątecznych ,rozczulających piosenek. Moja historia jest prawdziwa, z
morałem i typowym kobiecym podtekstem. To co dostałam od losu, było
najcudowniejszym prezentem gwiazdkowym, ale, żeby to docenić musiałam
dużo nocy przepłakać i zrozumieć, że nasz babski los nie jest tak
cukierkowy i lukrowany, jakim go widzimy na zdjęciach i reklamach w kolorowych magazynach.
Muszę
przyznać śmiało, że urodziłam się pod szczęśliwą gwiazdą, a raczej w
dobrze usytuowanej rodzinie. Jedynaczka- ojciec marynarz wyższego
szczebla( pamiętajmy, że w czasach mojej młodości to było coś:
egzotyczne owoce, zagraniczne zabawki, słodycze, ciuchy.....). Mama
była kierowniczką sklepu spożywczego, więc o produkty spożywcze też nie
było trudno, więc nasz rodzinny stół zawsze ociekał w smakowitości!
Jako nastolatka zwiedziłam Amerykę Południową podczas jednego z rejsu
ojca.
Potem
najlepszy ogólniak w mieście, studia, a potem wymarzona praca. Nie
byłam głupia, ale szczerze przyznaje, że bez tak licznych i wpływowych
znajomości ojca nie dostałabym tak intratnej posady w międzynarodowej
firmie zajmującej się analizą rynku, inaczej reklamą.
Pensja
na początek w wysokości kilku dobrych tysięcy też była super dodatkiem
do mojego lukrowego życia, zważywszy, że już byłam posiadaczką
dwupokojowego mieszkania nowym budownictwie, zakupionego oczywiście przez rodziców.
Aha,
zapomniałabym o najważniejszym, moim obecnym mężu, którego poznałam na
studiach. A wspominam go dopiero po przedłożeniu spraw
materialnych...niedobrze!
Radka poznałam na jednej z licznych imprez, na które uczęszczałam jako zamożna studentka: czytaj-w drogich lokalach. Był również dobrze
usytuowanym jedynakiem ze świetlaną przyszłością. Teraz dopiero zdaje
sobie sprawę, że tak naprawdę, to chyba połączył nas sex i podświadome
dążenie do znalezienia równoważnego partnera, aby poziom życia był
podobny, a wspólny jeszcze lepszy. Moja prawdziwa miłość do niego
przyszła dopiero po długich latach, kiedy to zrozumiałam, że miłość
męża nie opiera się na fantastycznym i wyuzdanym sexie i wymyślnych
prezentach, typu zagraniczne wycieczki-niespodzianki, nie wspominając perfum i biżuterii.
Żylo
nam się przyjemnie i milo, robiliśmy kariery, wyjazdy, bankiety, ale po
jakiś dwóch latach małżeństwa, mąż przy aprobacie rodziców zaczęli
nalegać na dziecko! O zgrozo! Jak ja się tego bałam! W myślach sama się
sobie dziwiłam, że brak u mnie jakichkolwiek oznak instynktu
macierzyńskiego. Na widok dzieci znajomych, musiałam z trudem wydawać z
siebie oznaki zachwytu, choć dzieci w żaden sposób mnie nie
interesowały, a nawet nie intrygowały.
Moje
zbyt wygodne życie i dbanie o ciało i kondycje, nie wymagały etapów
ciąży, zmasakrowanego ciała, a następnie ryczącego bachora.
Udało
mi się odwlec tą decyzje na kolejne trzy lata, tłumacząc się spłatami
kredytu za nowo wybudowany dom z ogrodem i kolejnymi szczeblami kariery
do zdobycia.
Niestety
w szóstym roku mojego małżeństwa, Radek zaczął wykazywać ogromne chęci
posiadania potomstwa i musiałam mu ulec, choć tylko słownie. Kłamałam,
że chodzę do lekarza, robię badania i odrzucam tabletki
antykoncepcyjne. Gdy przez rok nie widać było oznak ciąży, tłumaczyłam
to faktem, iż wiele par długo czeka na potomstwo i to jest normalne,
podając przykłady z naszego kręgu znajomych.
Niestety,
podczas letnich wakacji w Grecji, mój mąż odkrył, że nadal biorę
tabletki, przestraszyłam się na poważnie, był tak ostro, że wróciliśmy
oddzielnymi samolotami w innych dniach.
Przestraszyłam
się, ja mega egoistka, chyba tak na poważnie po raz pierwszy w życiu,
że mogę go stracić, a był mi potrzebny jako towarzysz życia, jako
ozdobny element mego wystawnego życia, bo przecież w moim wieku singlem
być nie było modne.
Miesiąc
czasu zajęło mi udobruchanie męża, kiedy to ze łzami w oczach i na
kolanach, z prawdziwym talentem aktorskim, kajałam się przed nim za swą
głupotę.
Na
kolejne wizyty u ginekologa chodziliśmy razem, wspólnie też robiliśmy
badania, które wykazały naszą dobrą kondycje rozrodczą. Zaczęłam z
przyjemnością oglądać fantastyczne modele wózków, kolekcje ubranek
dziecięcych, przeglądać magazyny o dzieciach, z których to uśmiechały
się do mnie milutkie i wesołe buźki bobasów. Matki tam opisywały swoje
cudowne odczucia związane z macierzyństwem, a ja, sama twórca
kłamliwych reklam, wierzyłam w te uroki rodzicielstwa, nie chcąc wierzyć w jego złe odnogi.
Ku
mojej wielkiej radości, mimo wielu starań i wyliczonej na podstawie usg
przez lekarza owulacji, przez półtora roku nie zachodziłam w ciąże.
Radek mocno się tym zamartwiał, ja udawałam, że też, ale ogromnie się
cieszyłam, myśląc; może w ogóle się nie uda!!!
Jak
piorun z jasnego nieba strzeliła do mnie wieść, że jestem w ciąży. Na
początku grudnia zeszłego roku zwolniłam się z pracy, rozbierana przez
anginę. Gdy odbierałam w aptece leki przepisane przez lekarza,
farmaceutka wydając mi je, zatrzymała na mnie wzrok mówiąc:
- Nie jest pani przypadkiem w ciąży???
- Nie!- krzyknęłam głośno na całą aptekę!
- Na wszelki wypadek proszę sprawdzić, bo ten antybiotyk może być szkodliwy dla płodu- dodał już z nutką ironii głosie.
Antybiotyku
już nie wzięłam, tak dla zabawy, w domu zrobiłam test ciążowy, na
szczęście dużo ich było w domu, miałam już wprawę w ich robieniu, lecz
kiedy wynik okazał się pozytywny, poczułam nagle jak nogi się pode mną
uginają i krzyknęłam: nieeee!!!
W dzikim szale zrobiłam kolejne trzy testy, jakie zostały w domu i wynik nadal potwierdzał ciążę.
W
wielkim szoku i we łzach przeleżałam kolejne trzy dnie, zwalając złe
samopoczucie na anginę. Nie chciałam dziecka, byłam okrutnym samolubem,
nic nie mówiłam mężowi, miałam nadzieję, że poronię! Ale jednak
antybiotyku nie brałam!
Po
tygodniu wróciłam do pracy i rzuciłam się w jej wir. Zbliżał się koniec
roku, więc zostawałam po nocach, aby tylko pracować i nie myśleć o
ciąży. Nie czułam żadnych jej oznak, nie miałam mdłości, zgagi ani
nawet zwykłej kobiecej radości.
Po dwóch tygodniach milczenia, nie wytrzymałam i poszłam z butelką wina do bliskiej kuzynki-musiałam się komuś wygadać.
Przy
drugiej butelce wyznałam jej, że jestem w ciąży. Ona, matka dwójki
dzieci, na moment osłupiała, następnie wylała wino i groźnie oznajmiła,
że gdybym nie była w ciąży ,to dałaby mi w pysk!
Następnego
dnia zaprowadziła mnie do najlepszego ginekologa w mieście, do którego
trudno było się dostać, on zrobił wywiad, usg, zalecił badania i
szczególną ostrożność, gdyż miałam już 34 lata.
Błagałam kuzynkę, aby się nie wygadała, chciałam zrobić mężowi niespodziankę na święta.
Nadal nie czułam wzruszenia, nawet gdy usłyszałam bicie serca ośmiotygodniowego płodu!!
Wigilie
spędzaliśmy u teściów, z moimi rodzicami i dziadkami .Jak zwykle
uroczyście, bogate prezenty, piękne stroje, miła atmosfera.
Nagle
ocknął nas z biesiadowania dzwonek do drzwi, okazało się, że kuzynce
poszła opona w aucie i nie mogą jechać dalej do teściów, czekają na
pomoc drogową......i to w Wigilię!
Ponieważ tradycyjnie spotykamy się z nią w drugi dzień świąt, przyniosła prezenty dla nas, które już miała w bagażniku.
Dalej
ceremoniał potoczył się już sam, każdy zaczął otwierać swoje prezenty,
a gdy ja otworzyłam małą paczuszkę, zdębiałam! Tym bardziej, że w jakiś
magiczny sposób każdy członek mojej rodziny swój wzrok przeniósł na mój
prezent od ukochanej kuzynki.
W ręku trzymałam małe dziecięce buciki, opakowanie witamin dla kobiet w ciąży i kwas foliowy.
Nieustająca cisza i dziwny wzrok mojego męża doprowadziły mnie do histerii i ze szlochem pobiegłam do łazienki!
- Przepraszam cię bardzo- mówiła moja droga kuzynka, wchodząc za mną do łazienki.
- Myślałam, że już im powiedziałaś, naprawdę, tak jest mi przykro, że zepsułam niespodziankę! Ale ja głupia jestem!!!
A
ja nadal szlochałam histerycznie, bojąc się utraty wolności i
dotychczasowego życia, gdyż dotarło do mnie, że teraz ciąża jest faktem
nieuniknionym i rzeczywistym.
Gdy po paru minutach wszedł do nas Radek, kuzynka wymsknęła się cichutko, a ja bałam się na niego spojrzeć.
Wtedy to po raz pierwszy pomyślałam, że jest kochany i dobry, tak, po prostu dobry!
Wziął moją załzawioną twarz w swoje ręce, mówiąc:
- Ale
nam zrobiłaś niespodziankę! Naprawdę! Cudownie to wymyśliłyście! W tak
oryginalny sposób, wszystkich nas o tym poinformowałaś! A dziadki się
popłakali.....zresztą ja też! Dziękuje!!!
Do dziś nie wiem, czy mówił wtedy prawdę, czy kłamał dla mojego dobra, ale na pewno mnie wtedy uspokoił.
I tu moja historia mogłaby się zakończyć pięknym, życiowym morałem, jak z samolubnej księżniczki, stałam się matką Polką.
Ale los sprawiedliwy dał mi jeszcze parę lekcji.
Ciąże
była z komplikacjami, w 12 tygodniu zaczęłam krwawić, przeleżałam w
domu kolejne miesiące i wtedy zrozumiałam, że nasz pieniądze nic nie
znaczą, nawet najlepsi specjaliści nie pomogą w utrzymaniu ciąży, jeśli
ja sama tego nie zrobię.
Przeleżałam
długie miesiące w domu, zrozpaczona i załamana. W dziwny sposób ruchy
dziecka nie przyprawiały mnie o łzy szczęścia, a wręcz wprawiały mnie w
irytacje.
Złym
samopoczuciem wykręcałam się od zakupów dla dziecka, zwalając to na
barki męża i mamy. Nie wzruszały mnie różowe sukienki kupowane przez
Radka dla naszej małej.
Kiedy
zaczęły się skurcze, zwarci i gotowi pojechaliśmy do prywatnej klinki,
w której mieliśmy razem urodzić. Byłam wtedy nawet w dobrym humorze,
gdyż świadomość, że niedługo wrócę do swojej dawnej postaci dodawała mi
chęci, a porodu się nie bałam, naszpikowana teorią i ćwiczeniami e
szkoły rodzenia.
Poród był makabryczny! Do dziś śni mi się w sennych koszmarach cały jego przebieg!
Gdy skurcze zaczęły się na poważnie, dopiero wtedy zdawałam sobie sprawę z powagi sytuacji.
Myślałam,
że umieram! Błagałam o znieczulenie, ale był już za późno! Krzyczałam
na lekarzy, aby zrobili mi cesarskie cięcie, że za to oddam im
wszystkie pieniądze, ale zespół medyczny, zdawał się nie zwracać na to
uwagi, uspokajając tylko zawstydzonego moją postacią męża!
Poród trwał 18 godzin, gdy w końcu Ola wyszła na świat, prawie tego nie poczułam!
Wydała mi się taka brzydka, nic nie poczułam, kiedy położono mi ją na brzuchu.
Nie
miałam siły potem do niej wstawać, miałam pękniętą kość ogonową, czułam
jakbym wydalała z siebie hektolitry krwi, a tu jeszcze co chwile
kazali mi przystawiać płaczące dziecko do piersi! Potrafiła tak ssać
przez całą dobę i nadal być głodna!
Błagałam położne, aby dały jej butelkę ze sztucznym mlekiem, ale stanowczo odmawiały.
Chciałam im nawet za to zapłacić, ale one oburzone odparły, że karmienie piersią, to mój obowiązek.
Po powrocie do domu od razu zaczęłam małą karmić sztucznie, a raczej robił to mąż, który wziął urlop.
Podczas
kiedy to cała rodzina zachwycała się małą, ja zamykałam się w pokoju,
nie rozumiejąc, dlaczego nie mogę wyjść do pubu, tylko przewijać i
kąpać Olkę.
Winiłam
za moje rozgoryczenie, kolorowe magazyny o dzieciach i reklamy wesołych
brzdąców za to, że tak rozreklamowali macierzyństwo, które dla mnie
okazało się przekleństwem.
I znowu okazało się, że nasze pieniądze i najlepsi pediatrzy nic nie pomogą na kolki małej i refluks żołądka!
Najlepszym
na to sposobem były długie spacery, nawet w deszczu, w wózku przykrytym
folią, bo w ten sposób Olka się uspokajała i zasypiała.
Więc
chodziłam tak całymi dniami, ja , kobieta sukcesu, pedantka, w
dżinsach, bluzie i bez makijażu, a gdy wracałam do domu, mój Radek
szykował szybko mleko dla małej, a dla mnie ciepłą herbatę i zwykłe
kanapki, które to zaczęły mi wtedy smakować jak najwykwintniejsze danie
w restauracjach, do których kiedyś chodziliśmy.
Wtedy
to zrozumiałam, że na tym polega miłość, kiedy od sexu wydaje się
leżenie pod osobną kołdrą, albo wstanie Radka do małej, albo kiedy
zamiast nowych perfum, Radek przewinie Olkę obesraną, aż po pachy!
A
kiedy mała na dźwięk mojego głosu w szóstym tygodniu życia uśmiechnęła
się do mnie, moje lodowate serce w końcu rozmroziło się do końca, a
wszelkie zło z niego stopniało.
W
ciąży pracowałam nad pewną kampanią dla dzieci, w domu wyszukując do
niej muzyki i często słuchałam piosenki o psich smutkach ze słowami
Jana Brzechwy, zaśpiewaną w Akademii Pana Kleksa.
Kiedy podczas kąpieli zanuciłam ją, moja mała nagle szeroko się uśmiechnęła!
Kiedy ponownie ją usłyszała, znowu promienny uśmiech ozdobił jej twarz!
Wtedy
to zrozumiałam, kolejną ważną rzecz-to jest dziecko ze mnie, pamiętała
tą melodię, jeszcze ze swojego życia płodowego? Już wtedy żyła i
słuchała!

Nie
mogę powiedzieć, że jestem super mamą, że Ola jest całym moim światem,
a że macierzyństwo jest najcudowniejszym doznaniem dla kobiety! Nadal
uważam, że lepszym przeżyciem jest orgazm, ale kocham moją małą i choć
czasem mam dość je płaczu, jęku i chęci bycia noszonym, dzięki niej
dostałam sporą nauczkę od losu, spokorniałam i złagodniałam, zaczęłam
dostrzegać inne aspekty życia.
Ba! W końcu zaczęłam prawdziwie kochać i szanować swego męża z to, jakim jest człowiekiem, a nie tylko kochankiem.
I
choć nie podróżujemy na razie za granice, sex uprawiamy raz w tygodniu(
ale za to lepiej smakuje), z ręką, na czystym teraz już sercu, muszę
przyznać, że dziecko to moja najlepsza gwiazdka z nieba pod choinkę!
Gwiazdor zamiast rózgi przyniósł mi coś innego-dziecko! Na zdjęciu ja z czteromiesięczną Olką!