OSZUKANY TALENT
Wstydliwa historia z mojego życia
Chciałabym podzielić się moją opowieścią z innymi, aby przestrzec przed popełnieniem
podobnego błędu, który mógłby skończyć się prawdziwą tragedią. Na szczęście dzięki mej
niefortunnej przygodzie zrozumiałam, że pewnych rzeczy nie można kupić za żadne
pieniądze, mam na myśli rzeczy nienamacalne, takie jak uczucia, zdolności i umiejętności.
Od urodzenia mieszkam w Trójmieście i korzystałam z ogólnodostępnych środków
lokomocji, autobusów, kolejki. Jak każda kobieta od zawsze pragnęłam być niezależna w
każdym kierunku, ale nie zawsze się to udawało. Gdy udało mi się znaleźć interesującą pracę
w zagranicznej firmie, jeszcze jako zaoczna studentka, byłam wniebowzięta.
Myślałam, że
osiągnęłam już wszystko, bo ukochanego narzeczonego już posiadałam, a wraz z nim
sprecyzowane plany na wspólną przyszłość, jednak wielką i najprawdziwszą prawdą jest
stwierdzenie, że apetyt rośnie w miarę jedzenia! Przekonałam się o tym na własnej zachłannej
osobie, która po miesiącu pracy w towarzystwie młodych, bogatych, wyzwolonych ludzi,
zaraziła się od nich i zapragnęła dojeżdżać do pracy własnym środkiem transportu!
Pragnienie to było tak silne, że musiałam je zrealizować, widziałam już siebie w małym
szybkim aucie, z rozwianymi włosami, podjeżdżająca jak inni, pod siedzibę firmy i wydawało
mi się to szczytem marzeń. Mój narzeczony posiadał już własne auto i mogłabym na początku
nim jeździć, ale największą przeszkodą był brak prawa jazdy. Przeklinałam siebie za taką
nieodpowiedzialność z której tak słynęłam! Czemu nie postarałam się o ten kurs wcześniej,
kiedy miałam więcej czasu i tylko szkołę na głowie! Musiałam jednak dopiąć swego i
zapisałam się na kurs prawa jazdy, słono płacąc. Na początku mój chłopak popierał mnie w
tym przedsięwzięciu, ale po paru jazdach ze mną był zdecydowanie przeciwko. Dał mi
prowadzić na jakiś polnych drogach lub po parkingach, ale wypadałam tak fatalnie nie
umiejąc skoordynować ruchów, że po mocnej wymianie zdań, zrezygnowałam z jego pomocy,
unosząc się dumą. Może mój przyszły mąż miał wtedy rację, krzycząc, że nigdy nie zostanę
kierowcą, ale nie usłuchałam wtedy męskich uwag co do jazy kobiet. Oni wszyscy mówili tak
samo: Baba za kierownicą! Pamiętam, że jako nastolatka prowadziłam dużego
fiata wujka po jakiejś wsi, ale po paru próbach zagniewany wujek machnął na mnie tylko ręką
i wyrzucił zza kierownicy. Może już wtedy powinnam wyciągnąć wnioski i stwierdzić, że nie
wszyscy rodzą się z predyspozycjami do kierowania pojazdami.

Jako uparta koza brnęłam przez wszystkie etapy kursu i muszę przyznać, że z łatwością
przyswajałam wiedzę teoretyczną, z praktyczną zaś miałam ciągłe problemy. Z początku
instruktor nie przywiązywał uwagi na moje wyczyny, ale z czasem zaczął się zastanawiać,
czemu na dziesiątej lekcji gaśnie mi samochód przy ruszaniu, nie umiem cofnąć prosto do
tyłu, a manewry na placu są tragiczne. Zaczął mnie pouczać o ciągłym skupieniu na drodze,
dokładności, delikatności, a ja po wyjeździe na miasto kompletnie głupiałam, traciłam
orientację, czując się jak bohaterka z filmu „Matrix”. Moje umiejętności nie polepszały się z
ilością przebytych jazd, wykupiłam dodatkowe, ale nic nie szło ku lepszemu. Instruktor kiwał
głową mówiąc, że nie będzie ze mnie kierowcy, a ja ze łzami w oczach mówiłam, że muszę
mieć prawo jazdy. Mój narzeczony też odradzał mi egzaminu, twierdząc, że nie mam szans,
ale z uporem maniaka nie dałam za wygraną idąc na egzamin……oblewając na
pierwszymmanewrze na placu. Testy zdałam bezbłędnie, a co do jazdy
byłam nadal dobrej myśli, aż do
piątego oblanego egzaminu. Za każdym razem kończyło się na tzw.”rękawie” lub parkowaniu
bocznym, nigdy nie udało mi się wyjechać na miasto. Oczywiście brałam dodatkowe lekcje
przed każdym egzaminem, a mój instruktor cedził przez zęby:
- Niech pani da sobie z tym spokój. Nigdy pani nie zda….hmm..no tak normalnie, proszę
dać sobie spokój, szkoda pani czasu i pieniędzy, lepiej je wydać w inny sposób…
Wtedy nie rozumiałam co mówi do mnie mój nauczyciel, ale nasłuchawszy się tylu
opowiadań ludzi zdających po kilka razy tak jak ja, zrozumiałam jak jest jedyna szansa dla
mnie. Ohydne słowo, którym brzydziłam się całe życie- łapówka, inaczej oszustwo, korupcja,
kupowanie czegoś za pieniądze, ale tłumaczyłam sobie to tak, że pomagam tylko szczęściu,
że każdy musi zapłacić w dzisiejszych czasach, aby zdać, a przecież i tak każdy umie
prowadzić. Zrobiłam sobie własną burzę mózgu i z wyciszonym sumieniem udałam się na
opłacony egzamin, uprzednio wręczając grubą kopertę instruktorowi, który z kamienną
twarzą odparł, że zajmie się wszystkim.
Próbowałam wcześniej napomknąć chłopakowi o takiej możliwości zdania, ale on okrzyczał
mnie na samą myśl o tym mówiąc:
- Wszyscy wiedzą, że tak jest, ale robią to osoby głupie, idące w życiu na skróty, potem
dzięki nim wzrasta śmiertelność na drogach!- krzyczał wzburzony- To tak samo jakbyś
będąc analfabetą kupiła sobie dyplom wyższej uczelni! Zapomnij o tym, nie oszukasz
talentu, albo ktoś go ma, albo nie! Tego nie kupisz za żadne pieniądze!
Wiedziałam, że mój mądry facet ma rację, ale ja jednak zapłaciłam za posiadanie prawa jazdy,
zadłużając się w banku na ten niecny czyn. Myślałam, że wszystko przeminie po egzaminie,
ale bardzo się myliłam. Nawet opłacony egzaminator był wzburzony widząc moje manewry
na placu i poruszanie się po mieście. Przymknął oczy na plac, ale podczas jazdy miastem
krzyczał na mnie niemiłosiernie, że nigdy by się nie zgodził wiedząc, że kompletnie nie
umiem prowadzić! Auto gasło mi na każdym przejściu, na każdych światłach, nie umiałam
włączać biegów i jeżdziłam po krawężnikach, na dodatek zrugana przez instruktora zaczęłam
płakać i z jego pomocą, zaryczana dotarłam na plac manewrowy. Ubłagałam go wręcz, aby
podpisał mi zdanie egzaminu, obiecałam, że nigdy nie będę prowadzić auta, że prawa jazdy
domagali się w pracy jako dodatkowego atutu. Drżącą ręką podpisał mi papierek, mówiąc, że
nie chce mnie widzieć nigdy za kierownicą i mieć na sumieniu moją lub spowodowaną przeze
mnie śmierć!
Wracałam stamtąd jak zbity, skopany pies, skulona, szlochająca wielka przegrana! Nawet w
autobusie nie mogłam powstrzymać łez, czując się najbardziej upokorzoną osobą na świecie,
na życzenie! Wszyscy bliscy myśleli, że płaczę z powodu kolejnej nieudanej próby, nikomu
nie zdradziłam powodu mej rozpaczy, zamykając się w pokoju na cały weekend. Dopiero na
trzeci dzień oznajmiłam, że udało mi się a to była moja reakcja na wielkie szczęście.
Tylko mojemu narzeczonemu wydało się to podejrzane, ale utwierdziłam go, że trafiłam na
miłego i młodego egzaminatora, który dał mi szansę. Z czasem uwierzył mi, widząc
dokument w moich rękach i nawet zachęcał do prowadzenia jego auta, ale ja odmawiałam,
mówiąc, że praktykę zdobędę na swoim aucie. Ten pechowy egzamin tkwił mi ciągle w
pamięci i w sercu, ale ukrywałam to jak wielką zbrodnię.
Z kolejnego kredytu udało mi się kupić małe, używane auto i zaczęłam swój własny tok
nauki, ale po każdej jeździe byłam zdruzgotana, bo wszystko szło mi źle, począwszy od
ruszania, a skończywszy na wymijaniu innych. Kierowcy trąbili na mnie, stukali się w czoło
widząc moją wężykowatą jazdę, ale ja ambitnie jeździłam codziennie do pracy, pokonując z
nerwami swą własną „drogę śmierci”.
Niestety los jest okrutny i sprawiedliwy bo ukarał mnie wkrótce za to przestępstwo wobec
siebie i innych. Pewnego jesiennego wieczora wracałam z pracy, zmęczona po długim
szkoleniu, jadąc prawie na oślep. W połowie drogi dopiero zorientowałam się, że jadę bez
świateł i chcąc je włączyć, puściłam, jak zwykle przy tej operacji, kierownicę, pozwalając
autu wjechać śliską jezdnią na chodnik. Jechałam pustą ulicą przez dość wyludnioną
dzielnicę, dlatego zdziwił i zarazem otrzeżwił mnie nagle zasłyszany krzyk kobiecy.
Zdążyłam zauważyć tylko jakąś kobietę leżącą na chodniku, jej przeraźliwy krzyk i moje auto
stojące wzdłuż chodnika.

Do dziś nie wiem jak udało mi się ruszyć tak szybko z owego miejsca wypadku; chyba wtedy
po raz pierwszy prawidłowo uruchomiłam i poprowadziłam wóz, jak najszybciej z miejsca
wypadku. Przejechałam w obłędnym tempie parę kilometrów. Potem przystanęłam gdzieś
przy lesie i wyszłam z auta zanosząc się szlochem.
- Zabiłam człowieka, wielkie nieba, zabiłam tamtą kobietę- mówiłam przez łzy, oglądając
samochód, czy nie zostały na nim ślady zbrodni. Na szczęście auto było czyste, bez żadnej
rysy i po paru chwilach ochłonęłam z szoku. Trudno- myślałam- muszę tam wrócić i zobaczyć
co się stało, może nikt mnie nie widział, może uda mi się zbiec. Wstydzę się tego, ale wtedy
myślałam tylko o ratowaniu własnego tyłka, a nie o sprawiedliwości lub ewentualnej ofiary.
Zachowałam się jak najgorszy bandyta, który oszukuje państwo i na dodatek ucieka szybko z
miejsca wypadku, pozostawiając swą ofiarę bez pomocy. Ja, która kiedyś płakałam nad
przejechanym psem, teraz uciekałam z miejsca zbrodni!
Wróciłam w okolice swej zbrodni, zostawiłam w oddali auto i udając przechodnia , wbiłam
się w tłum gapiący się na chodnik, oświetlany policyjną lampą.
Na chodniku siedziała starsza kobieta, szlochając i głośno wyzywając jakiegoś bandytę, który
bestialsko wjechał na chodnik, bestialsko przejeżdżając jej ukochanego pieska - Perełkę.
Mały kundelek leżał zmiażdżony w kałuży krwi na chodniku, policjanci tłumaczyli kobiecie,
z uśmiechem na ustach, że nie uda im się złapać tego bandytę, atmosfera ogólnie była wesoła,
tylko ja widząc prawdziwą tragedię tej staruszki nie umiałam powstrzymać łez.
Wróciłam skruszona do auta, ruszyłam kawałek, ale coś mnie powstrzymywało. Łzy zalewały
mi oczy, czułam się podle, jak najgorszy przestępca, bandzior, przecież zamiast tego pieska
mogła być ta kobieta, mogłam pozbawić kogoś życia, a i tak uciekłam z miejsca zbrodni i
pewnie uszło by mi to na sucho! Myśli kłębiły się po mej głowie, łzy zalewały oczy, wyrzuty
sumienia nie dawały spokoju, aż wyłączyłam silnik, wysiadłam z auta, zamknęłam je i
poszłam na przystanek autobusowy, pozwalając aby jesienny wiatr zwiał ze mnie cały wstyd
popełnionych błędów. Na drugi dzień poprosiłam narzeczonego o odebranie auta i zajęcie się
jego sprzedażą. Był zdziwiony moją nagłą zmianą, ale uwierzył w me tłumaczenia, że
zbieram na lepsze auto, bo ten gruchot ciągle się psuje.
Już spłaciłam kredyt, czas ukoił ból i upokorzenie, ale już nigdy nie wsiądę do samochodu.
Obiecałam to sobie i tego będę się trzymać do końca życia. Nawet spaliłam prawo jazdy, aby
ponownie nie kusić losu. Mego czynu wstydzę się do dziś, noszę to w pomięci, obciąża to me
sumienie, nikomu o tym nigdy nie opowiedziałam, ale drogo zapłaciłam za swą brawurę, na
szczęście nikt nie zginął, choć twarz cierpiącej staruszki po stracie ukochanego przyjaciela
prześladuje mnie do dziś w snach.
Dziś wiem, że są rzeczy, których za żadną cenę nie można kupić, chyba, że płaci się własnym
szczęściem, spokojem i sumieniem.
|
|
Kobieta jak natura-darzy, błogosławi, miłuje, piastuje, bez niej lud cały zaginąłby bez sławy!
|